Muffak

Nic nie przyniesie ci zadowolenia, jeśli nie postarasz się o nie sam. /R.Emerson/

Gdzie jesteś lekarzu?

Grudzień29

Nie wiem, czy tylko ja mam takie wrażenie, ale od kilku już lat aż strach iść do lekarza… Dzięki Bogu udało mi się spotkać w swoim życiu kilu dobrych specjalistów, ale w stosunku do całej pozostałej rzeszy, ci dobrzy są jak przysłowiowa igła w stogu siana.

Nie wykazują zainteresowania pacjentem, często w ogóle nie wysłuchują jego dolegliwości zrucając je na karb jakiś „normalnych” zjawisk fizjologicznych. Myślą schematycznie – masz nadciśnienie, wysoki cholesterolek – proszę statynki – tylko proszę brać do końca życia*! Nie mają pojęcia o lekach, które wypisują ani o tym, że wzajemnie się one wzmacniają lub działają antagonistyczne. 90% starszych osób w moim otoczeniu ma całe worki z lekami, które codziennie zażywają!!! Bo dobry lekarz im przepisał… Wszelkie symptomy, których nasi doktorzy nie potrafią przypisać do jakiegoś zespołu/syndromu/jednostki chorobowej wrzucają do jednego wora schorzeń idiopatycznych**, w którym znajdziemy choćby zespół jelita drażliwego – najczęstsze schorzenie jelit, zapalenie stawów, czy też niepłodność… Ciekawe dlaczego?

*ten miesiąc jakoś pan wytrzyma…
**idiopatyczny – o nieznanym pochodzeniu

W ciągu przysługujących nam 10 minut*** – o ile z bieżącą chorobą nasz lekarz prowadzący przyjmie nas w terminie krótszym niż tydzień – zwykle i tak, zamiast poświęcić nam pełnię czasu, wpisuje w komputer to, co dowiedział się od poprzedniego pacjenta. Jeżeli jest młody i ma wprawę w obsłudze urządzeń, to pół biedy. Później jest chwila dla nas – ale spiesz się człowieku, bo już kolejny pacjent czeka za drzwiami, a Twój czas się zaraz skończy… Wymieniasz zatem, co pamiętasz, albo co zdążyłeś spisać i co otrzymujesz? Niestety niewiele – zwykle receptę na jakiś przeciwbólowy specyfik, albo na antybiotyczek, jeźli Ci w płuckach świszczy. Czasem wyprosisz jakieś badania lub skierowanie, ale zwykle musisz sam powiedzieć, co Ci jest i najlepiej, co Ci przepisać. I papa! Wszyscy (prawie) zadowoleni. I prawie zdrowi.

*** zwykle jest 10 minut – u lekarzy, którzy są „lepsi” (czyt. milsi) jest więcej pacjentów, a co za tym idzie trudniej się do nich dostać i czas wizyty jest krótki.

Dlaczego mnie tak to irytuje? Bo mamy wielu lekarzy, którzy uważają, że wystarczy skończyć Akademię Medyczną i już zjedli wszystkie rozumy. Nie muszą się dokształcać, nie muszą rozwijać swoich kompetencji, a pacjent skoro przyszedł raz, to i kolejny raz przyjdzie (można zmienić lekarza raz/dwa w roku?), zatem pieniążki za kolejną sztukę z kolejki zza drzwi, znajdą się u doktorka w kieszeni…

A Tobie, schorowany człowieku przyjdzie się leczyć samemu. Tylko uważaj, bo zioła są niebezpieczne! Nie używaj suplementów, bo nie wiesz, co w nich jest (tak jakbyś był pewien, że statynki to cuksy). Przed zastosowaniem diety poradź się lekarza – tak, tylko ciekawe kiedy, skoro nawet z chorobą ciężko się do niego dostać…

Spędzam ostatnimi dniami wiele czasu w internecie na poszukiwaniu sposobów poradzenia sobie samej i swoim bliskim z nękającymi ich chorobami. Czy nie prościej byłoby iść do kogoś, kto się na tym zna? Są jeszcze tacy lekarze, ale kolejki do nich są wielomiesięczne… Coś czuję, że za niedługo, dzięki swoim umiejętnościom wyszukiwania różnych informacji w internecie, będę mogła sama założyć klinikę, nie klinika jest dla lekarzy… Dla fizyka/informatyka z zacięciem samoleczniczym to chyba byłaby jakaś lecznica, uzdrowisko?! Bo lekarzom się nie chce…

Nowe kierunki?

Grudzień27

źródło: https://pixabay.com/pl/fizyki-podstawy-prawa-r%C3%B3wnanie-3154920/

Od ponad trzech lat uczę w szkole podstawowej. Kiedyś jako stażystka miałam przygodę z nauczaniem przez 1,5 roku w dwóch gimnazjach – czas ten wspominam wręcz fatalnie. Moje początki w szkolnictwie jako świeżo upieczona nauczycielka z wielkimi ideami niesienia pomocy dzieciom w zrozumieniu tajników fizyki były kiepskie, bardzo kiepskie. I w zasadzie tylko dzięki wsparciu starszych, doświadczonych nauczycielek udało mi się ten czas przetrwać. Nic pozytywnego z tego okresu nie zapamiętałam – totalna klęska! Niestety tego, że w gimnazjum trzeba było nauczyć się przetrwać, nikt nam na studiach nie powiedział… Karmiono nas wzniosłymi ideami. A studenckie praktyki w wytypowanych szkołach, pod czujnym okiem wieloletniego praktyka, to było zupełnie coś innego, niż szkoła w rzeczywistym wydaniu. Gimnazjalnym wydaniu… Do niedawna bowiem nauka fizyki zaczynała się właśnie na tym etapie.

Chcecie szczegółów? Nie ma sprawy… Szczególnie dla tych, którzy uważają pracę nauczyciela za taką, w której człowiek Boga za nogi złapał… W końcu "wolnego" co nie miara, możesz lekcję z książki zrobić (ciekawam, który fizyk tak robi?), masz pół dnia wolne i pensyjka jak marzenie… Tak, szczególnie jeżeli do etatu brakuje ci jednej godziny 😀

Młodzież… Po 1,5 roku z uroczą młodzieżą (rok z tą ze śródmieścia, reszta z tymi z Huty), myślałam, że czeka mnie długi turnus w szpitalu na Babińskiego*… Rzucanie koszem? Nie, zaledwie koszem ze znajdującym się w nim plecakiem, bo jakaś dziewoja go wrzuciła takiemu jednemu do kosza, bo był "inny" – duży, gremlinowaty i dopiero wrócił z poprawczaka… Bogu dzięki za katedrę za szkłem! Groźby? – tylko karalne! Po zwróceniu uwagi, że delikwent może być spytany na kolejnej lekcji z tematu, na którym nie uważa – zastraszanie nauczyciela – "pani mi grozi? Już była taka jedna, której opony w aucie poprzebijałem… Zaczekam na panią po lekcji…". Czy w jakiejkolwiek pracy kobieta musi dzwonić po męża, by przyszedł pod same drzwi pracy, by ją bezpiecznie dostarczyć do domu? W szkole nie wolno palić? "Jak to? – nie wiedziałam!" – i ironiczny uśmiech dziewczyny, którą trzeba było pilnować, by przez okno z 2-go piętra nie uciekła i właśnie sobie w klasie zapaliła…

*Szpital psychiatryczny w Krakowie

Czy moim zadaniem nie powinno być wlewanie fizycznej wiedzy do głów? Było… Ale wszystko sprowadzało się do tego, by te nieszczęsne godziny przeżyć! Gość, po którym otrzymałam tę pracę miał 25 lat doświadczenia w szkole, a zrezygnował z pracy w tym gimnazjum po 2 tygodniach… Ja poszukująca pracy, po niechęci do mnie opiekuna stażu w poprzedniej szkole, wytrzymałam tam pół roku, na szczęście jakiś mądry człowiek spisał je na straty i już je zlikwidowali.

Po tych nędznych doświadczeniach stwierdziłam, że nauka w szkole, to ostatnia rzecz jakiej się w życiu tknę. Czas mijał, ja się przekwalifikowałam na przedszkolankę – dobrze mi było. A, że kocham dzieci, to miałam i radość z tej pracy i satysfakcję. Niestety, co u mnie na myśli, to i na języku – nie potrafię kłamać, a i tchórzyć też nie lubię, zatem na pytanie ówczesnej dyrektorki przedszkola odpowiedziałam jasno, co mnie i innym się nie podoba i jak można by to zmienić. Niestety pomysł się nie spodobał i dostałam urlop na odchodne…

Oczywiście nic się nie stało, wręcz i tak zamierzałam stamtąd odejść do pracy na szkolnej świetlicy. I tak też się stało. Tyle tylko, że świetlica po pół roku zamieniła się w lekcje informatyki, a od zeszłego roku także fizyki…

Fortuna kołem się toczy. Co mi dało zarzekanie się, że już nigdy nie będę uczyć? To, że właśnie teraz uczę w podstawówce, wśród dzieci, które chcą się uczyć, są sympatyczne, ułożone i szanują nauczycieli. Daję im swoje zainteresowanie i rzeczywistą uwagę, o każdym praktycznie potrafię coś powiedzieć, a one odwdzięczają się na lekcji swoim zaangażowaniem.

Jest jeszcze coś… Nienawidzę prowadzić sztampowych lekcji. U mnie coś musi być innego, zaskakującego lub choćby dziwnego. Zaczęłam eksperymentować na lekcjach informatyki, które były dla mnie wielkim wyzwaniem. Starałam się, by te ćwiczenia, które zadaję były interesujące, wymagające kreatywności, czasem działania na czas. Wprowadzałam różne techniki zaliczania działów, pracy w grupach, zdalnej pracy – wszystkich tych kompetencji, które mogą się przydać w prawdziwym życiu. I dzieci bardzo polubiły informatykę ze mną. Dlaczego? Okazało się, że hacker wcale nie musi być zły, że czasem nawet jest potrzebny, gdy chodzi o sprawdzenie bezpieczeństwa. Okazało się, że dzieci mają do mnie zaufanie i przychodzą z prywatnymi problemami, nie tylko dotyczącymi sieci i zagrożeń z nią związanych. Doceniam to bardzo i nie chcę zaprzepaścić ich zaufania.

Przyszła i kolej na fizykę. Dam sobie radę, myślałam, w końcu już jej kiedyś uczyłam… Yhym, tyle, że program dla podstawówek okazał się inny. Nie wiem, kto go w swej radosnej twórczości tak skomponował, ale wielu rzeczy nie wziął pod uwagę. Po pierwszym dziale walczyłam o to by chociaż 20% nie znienawidziło fizyki. I pomyślałam, że coś jest tutaj nie tak jak być powinno. Chciałam zapalać w uczniach chęć do nauki, pokazać im, że fizyka otwiera umysł na tyle niesamowitych pojęć, że pozwala przynajmniej w części zrozumieć, jak działa świat, że jest fascynująca!

I wtedy napadła mnie myśl – skoro potrafiłam sprawić, by informatyka dzieci wciągnęła, to przecież powinnam potrafić zrobić to także z fizyką! I to był początek moich zmian. Powstał wtedy mój drugi WebQuest "Zakręcona dynamika" (pierwszy dotyczył Starożytnej Grecji). Efekty prac zaskoczyły mnie bardzo – część dzieci stworzyła filmiki dotyczące 3 zasad dynamiki Newtona, inne wykonały przeróżne gry edukacyjne – byłam pod wielkim wrażeniem zarówno ich kreatywności, jak i poziomu prac.

Ten pozytywny eksperyment zmotywował mnie do wymyślenia jeszcze czegoś lepszego. Tak powstała moja pierwsza grywalizacja w fizyce – "Wyższa Szkoła Dyskredytacji Cieplika" – jak w pełni wyglądała, opiszę Wam w osobnym poście. Za nią poszła kolejna "Elektryka prąd nie tyka" i liczę, że niedługo wpadnę na pomysł następnej.

Grywalizacja jest bardzo wciągającą formą uczestnictwa w lekcji. Wymaga sporego zaangażowania nauczyciela w trakcie tworzenia i przemyślenia wielu aspektów, ale wyniki są nieproporcjonalnie większe do wkładu pracy…

Ja, która nie mogłam doprosić się o zrobienie jednego zadania domowego, na zasadzie podstawienia odpowiednich wartości do wzoru, miałam przed, po, a nawet i w trakcie lekcji kolejkę uczniów, którzy dopraszali się sprawdzenia ich zadania (i otrzymania kelvinów/voltów – waluty w grywalizacji). Zeszyty były pełne samodzielnie wykonanych notatek, grube, z wystającymi z nich zakładkami, kolorowymi obrazkami. Czegoś takiego się nie spodziewałam…

To oznacza, że dając dzieciom możliwość wyboru – nie musisz nic robić (najwyżej nie dostaniesz nic :D) – robisz kiedy chcesz i ile chcesz, a nawet jak chcesz, spowodowało niespodziewane zainteresowanie fizyką. Czasem pojawiały się pytania – "a czemu Pani nie zadaje zadań z książki"? Dlaczego? Bo są sztampowe! Uważam, że ciekawsze są te z prawdziwego życia…

Tym sposobem dzieci są w stanie same wysnuć logiczne wnioski, przeprowadzić własnoręcznie doświadczenia i nawet zauważyć, że coś im nie wyszło…

Chciałabym to przekazać innym nauczycielom – musimy wszyscy zmienić styl uczenia, by trafić do dzisiejszej młodzieży i nie zniechęcić ich, a wskazać, że jest wiele ciekawych sposobów by się wiele nauczyli i że to jeszcze im sprawi frajdę!

Świecznik z kamyczków

Grudzień16

Na tegoroczny kiermasz bożonarodzeniowy w naszej szkole, tworzyłam ze swoją klasą w tym roku dwa rodzaje świeczników jeden z kamyczków, drugi ze słoiczków. Każdy mógł wybrać, to co mu bardziej odpowiadało, efekty wyszły całkiem przyjemne dla oka 😀

Świecznik z kamyczków
lampion ze słoika

Gaudete! Christus est natus ex Maria Virgine!

Grudzień24

Moi Kochani, życzę Wam pełni Bożego Błogosławieństwa dla Was i dla Waszych rodzin oraz wszystkiego co najlepsze w Święta i w nadchodzącym 2015 Roku!

Święta Rodzina

Chrystus zmartwychwstał! Alleluja!

Kwiecień19

Prawdziwie zmartwychwstał, alleluja!

Przyjmijcie ode mnie życzenia prawdziwie Bożych Świąt – miłości przenikającej serca, radości głębokiej i wzniosłej oraz wszelkich potrzebnych Wam łask od Zmartwychwstałego.

Z kręgu Dirka Bouts'a Zmartwychwstanie Chrystusa ca. 1480 Mauritshuis Den Haag

Obraz przedstawia scenę Zmartwychwstania, pochodzi z ok. 1480r i został namalowany przez malarza z kręgu Dierika Bouts’a.

Niedziela Palmowa, czyli Kwietna

Kwiecień13

Dziś Niedziela Palmowa, zwana także Kwietną od sypanych podczas procesji kwiatów. Zwyczaj procesji z palmami pochodzi z XI wieku i wprowadzono go do liturgii w celu upamiętnia wjazdu Chrystusa do Jerozolimy w niedzielę tuż przed Jego Męką. Jezus wjechał do miasta na osiołku, dlatego też jeszcze do niedawna uroczystej procesji towarzyszyła drewniana figurka Chrystusa, siedzącego na osiołku, obecnie tę praktykę zaniechano. 

Figurka Chrystusa na osiołku (źródło: waltanie.blox.pl)

Tradycyjnie w Polsce na Mszę idzie się z palmą wykonaną z gałązek wierzbowych lub bukszpanu, przyozdobioną kolorowymi wstążkami i kwiatami z bibuły.

Palma nie może być wykonana z ‚suszków’, ponieważ obrzęd poświęcenia palm dotyczy tylko i wyłącznie palm świeżych, a nie suszonych, choćby były najpiękniejsze. Świadomy katolik nie wybierze więc tzw. palmy wileńskiej (suszone i barwione trawy i mech), która jako jedyna jest dostępna na polskim rynku, ale postara się o jej wykonanie sam.

palma wileńska (źródło: parafianpnmp.ovh.org)

W Polsce zachowało się na całe szczęście jeszcze kilka tradycyjnych wersji palm, jak np. palma góralska (przyozdobione gałązki iglaków), czy też palmy kurpiowskie – wykonane ze ściętych drzewek, oplecionych gałązkami różnych krzewów.

Palma góralska (źródło: wiano.eu)
Palma kurpiowska (źródło: raptularz.blog.onet.pl)

 

Pięknym przykładem własnoręcznie wykonanej palmy może być ta poniżej…

palma wielkanocna z bukszpanu (źródło: ewadecu.blogspot.com)

Dlaczego w Polsce preferowano palmy wykonane z wierzby? Odpowiedź jest prosta – drzewo to potrafi rosnąć nawet w bardzo ciężkich warunkach, jest zatem symbolem zmartwychwstania i nieśmiertelności duszy.

Dawniej w Środę Popielcową ścinano gałązki wierzby i wstawiano do wazonu z wodą – na Niedzielę Palmową pięknie się zazieleniały i puszczały pędy – bazie, zwane także bagniątkami.

Jak donoszą stare kroniki, poświęcone bazie się zjadało – by głowa i gardło nie bolało, a zmielone dosypywano do leczniczych naparów dla ludzi i zwierząt. Dodawano je także do ziarna przeznaczonego na zasiew. Całe palmy natomiast wykorzystywano do ochrony domu przed burzami i gromami – w tym celu wsuwano gałązki za święty obraz. Bito się także palmami – nie w aspekcie pokuty, ale dla zachowania zdrowia patyk

Natomiast wykonane z poświęconych gałązek krzyżyki, wtykano w pole – miały uchronić je przed klęskami i przysporzyć  urodzaju. 

Do ciekawych zwyczajów ludowych (okolice Suwałk) należało budzenie śpiochów, poprzez smaganie ich wierzbowymi witkami, wraz ze słowami:

Nie ja biję – wierzba bije,

za tydzień – Wielki Dzień!

Jak za granicą wyglądają palmy wielkanocne można przeczytać w tym artykule.

 Wiadomości do tego posta czerpałam z takich pozycji  jak: „Kalendarz polski” J. Szczypki, „Zwyczaje w polskim domu” wyd. Publicat oraz „Rytuały, obrzędy, święta” L. Pełki.

 

Nauka znoszenia przykrości

Luty18

Kochani Rodzice! Żyjemy w czasach, kiedy wszelkie maszyny zastępują ludzką pracę, kiedy nasz wysiłek wkładany w wykonanie różnorakich czynności jest w wielu aspektach zmniejszony, ponieważ nowoczesne urządzenia przychodzą nam z pomocą. Ja sama nie wyobrażam już sobie nawet świata bez internetu typerhappy gdzie nie musząc specjalnie biec do biblioteki, mogę odnaleźć potrzebną wiedzę, przepis na ciasto (który gdzieś się „zabył”), czy też cenną poradę, jak uratować obrus od plamy z czerwonego wina. Nie powiem, jest to bardzo przydatne i jak dla mnie niezastąpione ustrojstwo. Jednak…

  1. Cierpi na tym mój mały rozumek – bo niczego nie muszę już zapamiętywać, wszystko mogę odnaleźć bez trudu… A w główce nie zawsze te wiadomości pozostają.
  2. Obrastam w tłuszczyk, bo do tej biblioteki jednak trzeba się było przejść, a to zawsze jakiś ruch…
  3. Marnuję mnóstwo czasu jeżeli nie założę sobie, że włączam komputer tylko i wyłącznie po to, by coś sprawdzić, tudzież odpisać na maile…

I tak dalej, i tym podobne… Może i zmniejsza się czas, jaki poświęcamy na przygotowanie obiadu, upieczenie ciasta, pranie i sprzątanie (i mnóstwo innych), ale ten sam czas, wcale to a wcale nie poświęcamy na zrobienie czegoś dobrego, pożytecznego, czegoś co nas wzniesie na wyżyny…

Do czego piję? Już tłumaczę.

Podziwiamy osoby, które potrafią wytrwale pracować, nawet, gdy widzimy, że brak im już sił. Patrzymy z głębokim szacunkiem na rodziców dzieci dotkniętych ciężkimi kalectwami lub nieuleczalną chorobą, bo domyślamy się jak wielkie jest brzemię, które muszą codziennie nosić. Czcimy postacie świętych, którzy dla miłości Boga i bliźnich porzucili dobrobyt i wygodne życie, a wybrali biedę, głód i chorych, by im posługiwać. Patrzymy z zachwytem na tych wszystkich, którzy dla wyższych ideałów są w stanie przemóc samych siebie, swoje niechęci, wady, przyzwyczajenia i być dobrymi całym sercem.

św. Wincenty a Paulo św. Idzi Jan Maria Vianney Ojciec Pio Róża z Limy Katarzyna ze Sieny

Taką osobą chciałabym być, ale jeszcze mi do tego ideału daleko… Dlaczego? Ponieważ, mimo tego, że walczę ze swoimi przywarami, one – w większości – wciąż biorą nade mną górę.

smutek 2 Źródło: www.wellhappypeaceful.com

A wszystko dlatego, że jako dziecko nie nauczono mnie ich przezwyciężać… Dorosłemu człowiekowi jest już bardzo trudno niektóre zachowania zmienić. Już w małym dziecku trzeba pewne skłonności ujarzmiać i uświadamiać, że folgowanie swoim potrzebom (prawdziwym lub wydumanym) jest prostą drogą w przepaść, a czort diabeł tylko zaciera ręce z radochy nad kolejną „swoją” duszyczką.

Niektórzy rodzice starają się odwracać od dzieci swoich wszystko, co by im jakąkolwiek przykrość sprawić mogło. To ich nie kształci do walk życiowych; a trzeba przeciwnie wprawiać młodych do pracy mimo trudów do niej przywiązanych, do wytrwałości w obowiązku mimo niepowodzenia, do spokoju ducha wobec niebezpieczeństw i zawodów. Tak jedynie można wykształcić charakter mężny i samodzielny (…).

Inni znowu rodzice, chcąc dzieci hartować, rozmyślnie je wystawiają na przykrości, od których zwykła roztropność ustrzec by je mogła. Jedno i drugie mija się z celem, bo się mija z prawdą i rzeczywistymi warunkami życia.” (J. Zamoyska, O wychowaniu)

„Nie dajemy sobie czasu, aby wykarczować i zorać, a już byśmy chcieli siać, a ledwie zasiejemy, chcielibyśmy zbierać plon naszej siejby. Wszelka praca, skoro sami jej widocznych owoców doczekać się nie możemy, wprawia nas w zniechęcenie, jeżeli nie w rozpacz.” (J. Zamoyska, O wychowaniu)

Wciąż aktualne słowa generałowej Zamoyskiej budzą we mnie zapał do działania, do tego by przezwyciężać swoje niemoce i nie robić tego, co łatwe, proste i dające szybkie efekty, ale to, co przychodzi mi z oporami… Choć nieraz i tak wyglądam, jak to dziecko poniżej, bo czuję że czyjeś słowa były niesprawiedliwe lub niesłuszne. 

smutek
Źródło: jionnge.net

Nie jest to właściwa postawa! Katolik powinien z uśmiechem na twarzy znosić przeciwności i wziąć sobie swój ból, upokorzenie jako ziemską pokutę. W żadnym razie nie może wybuchać jadem, ranić innych, obrażać się tylko dlatego, że ktoś ośmielił się mu powiedzieć kilka słów (bolesnej) prawdy – nic dobrego wówczas przecież nie zyskamy! Faktem jednak jest, że upominać można tylko z miłością i delikatnością, a kto tych cech nie posiada – lepiej żeby dziób zamknął w porę…

Kochani Moi! Proszę Was – weźcie sobie te słowa do serca i nie pobłażajcie zbytnio ani sobie, ani swoim dzieciom… 

Lew mu na imię…

Luty15

Nie mogłam przejść koło niego obojętnie, on chciał do mnie – po prostu musiałam go kupić i już! Teraz wyprany czeka aż wybiorę się do jego nowego właściciela – Kubusia. Myślę, że maluch będzie pod równie dużym wrażeniem, co ciocia…

Oto LEW:

lew 00

Wygląda jak skóra zdjęta z lwa giggle

lew 01

A wszystko dlatego, że ma kieszonkę w brzuszku zamykaną na zamek (widać poniżej kawałek)…

lew 02

Jest piękny! Gdybym nie miała już swoich lat…lew 03

To bym go zostawiła dla siebie, ale niestety już nie wypada tantrum

 

7 dni WYZWANIE FOTO – dzień 6ty :/

Luty15

No tak, to już prawie koniec lutowego Foto Wyzwania u Uli… Tym razem zadania przyszły mi znacznie gorzej, niż te styczniowe, trudno się mówi…

Dzisiejszy temat to ozdoba – pomyślałam zatem, że jest to dobra okazja by pochwalić się Wam, czym obdarzyły mnie bliskie mi dziewczyny – Kat_ja i Pelagia. Obie nauczyłam szydełkować i obie odwdzięczyły mi się za to bajecznie! Popatrzcie sami…

ozdoba 02

Od Kat_ji pochodzą kolczyki i broszki, Pelagia obdarzyła mnie aż dwoma kołnierzykami – dziękuję Wam serdecznie dziewczyny!

ozdoba 01

Powinnam na zdjęciu umieścić jeszcze bieżnik od Gosi, którą także wprowadziłam w tajniki wywijania szydełkiem, ale niestety byłoby już za wiele, jak na jedno zdjęcie…

Ozdoby innych możecie obejrzeć tutaj!

7 dni FOTO WYZWANIE – dzień 5ty :*

Luty14

Wszystkiego najlepszego dla wszystkich zakochanych i wciąż kochanych! Mnie szczęśliwie, co jakiś czas napada szaleństwo i znów jak cielątko wpatruję się w mego ukochanego Mężusia! Gdyby ktoś, kiedyś powiedział mi, że w małżeństwie (7,5 roku za nami) tak będzie, to bym mu w życiu nie uwierzyła… Wiadomo, że nieraz trzeba iść na daleko posuniętą ugodę – teściowa mi obrazowo wytłumaczyła przed ślubem -„Asiu w małżeństwie albo drzwi mają być zamknięte albo okno, inaczej będzie przeciąg”  – i to faktycznie owocuje! Nie oznacza to, że nie zdarza nam się różnica zdań, ale nie byłoby nic w naszym życiu nowego, gdybyśmy byli całkiem tacy sami i zawsze we wszystkim zgodni…

W zabawie u Uli w dniu dzisiejszym jest temat – najważniejsze. Dla mnie najważniejszy jest mój Mąż i dobre relacje z nim. W swojej pracy często musiał wyjeżdżać za granicę na parę tygodni. Moja tęsknota w chwilach, gdy nie mogę z Nim być nie ma granic – chodzę osowiała, struta, nie mam ochoty na nic, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Zatem, jako ilustrację najbardziej odpowiednią w dzisiejszym dniu, wklejam zdjęcie serducha na śniegu, które zrobił dla mnie mój mężuś kilka lat temu, kiedy był w Kanadzie…

serduszko

Nie muszę pisać, jakie uczucia we mnie wywołało…

blowkiss

« Starsze wpisy