Muffak

Nic nie przyniesie ci zadowolenia, jeśli nie postarasz się o nie sam. /R.Emerson/

Gdzie jesteś lekarzu?

Grudzień29

Nie wiem, czy tylko ja mam takie wrażenie, ale od kilku już lat aż strach iść do lekarza… Dzięki Bogu udało mi się spotkać w swoim życiu kilu dobrych specjalistów, ale w stosunku do całej pozostałej rzeszy, ci dobrzy są jak przysłowiowa igła w stogu siana.

Nie wykazują zainteresowania pacjentem, często w ogóle nie wysłuchują jego dolegliwości zrucając je na karb jakiś „normalnych” zjawisk fizjologicznych. Myślą schematycznie – masz nadciśnienie, wysoki cholesterolek – proszę statynki – tylko proszę brać do końca życia*! Nie mają pojęcia o lekach, które wypisują ani o tym, że wzajemnie się one wzmacniają lub działają antagonistyczne. 90% starszych osób w moim otoczeniu ma całe worki z lekami, które codziennie zażywają!!! Bo dobry lekarz im przepisał… Wszelkie symptomy, których nasi doktorzy nie potrafią przypisać do jakiegoś zespołu/syndromu/jednostki chorobowej wrzucają do jednego wora schorzeń idiopatycznych**, w którym znajdziemy choćby zespół jelita drażliwego – najczęstsze schorzenie jelit, zapalenie stawów, czy też niepłodność… Ciekawe dlaczego?

*ten miesiąc jakoś pan wytrzyma…
**idiopatyczny – o nieznanym pochodzeniu

W ciągu przysługujących nam 10 minut*** – o ile z bieżącą chorobą nasz lekarz prowadzący przyjmie nas w terminie krótszym niż tydzień – zwykle i tak, zamiast poświęcić nam pełnię czasu, wpisuje w komputer to, co dowiedział się od poprzedniego pacjenta. Jeżeli jest młody i ma wprawę w obsłudze urządzeń, to pół biedy. Później jest chwila dla nas – ale spiesz się człowieku, bo już kolejny pacjent czeka za drzwiami, a Twój czas się zaraz skończy… Wymieniasz zatem, co pamiętasz, albo co zdążyłeś spisać i co otrzymujesz? Niestety niewiele – zwykle receptę na jakiś przeciwbólowy specyfik, albo na antybiotyczek, jeźli Ci w płuckach świszczy. Czasem wyprosisz jakieś badania lub skierowanie, ale zwykle musisz sam powiedzieć, co Ci jest i najlepiej, co Ci przepisać. I papa! Wszyscy (prawie) zadowoleni. I prawie zdrowi.

*** zwykle jest 10 minut – u lekarzy, którzy są „lepsi” (czyt. milsi) jest więcej pacjentów, a co za tym idzie trudniej się do nich dostać i czas wizyty jest krótki.

Dlaczego mnie tak to irytuje? Bo mamy wielu lekarzy, którzy uważają, że wystarczy skończyć Akademię Medyczną i już zjedli wszystkie rozumy. Nie muszą się dokształcać, nie muszą rozwijać swoich kompetencji, a pacjent skoro przyszedł raz, to i kolejny raz przyjdzie (można zmienić lekarza raz/dwa w roku?), zatem pieniążki za kolejną sztukę z kolejki zza drzwi, znajdą się u doktorka w kieszeni…

A Tobie, schorowany człowieku przyjdzie się leczyć samemu. Tylko uważaj, bo zioła są niebezpieczne! Nie używaj suplementów, bo nie wiesz, co w nich jest (tak jakbyś był pewien, że statynki to cuksy). Przed zastosowaniem diety poradź się lekarza – tak, tylko ciekawe kiedy, skoro nawet z chorobą ciężko się do niego dostać…

Spędzam ostatnimi dniami wiele czasu w internecie na poszukiwaniu sposobów poradzenia sobie samej i swoim bliskim z nękającymi ich chorobami. Czy nie prościej byłoby iść do kogoś, kto się na tym zna? Są jeszcze tacy lekarze, ale kolejki do nich są wielomiesięczne… Coś czuję, że za niedługo, dzięki swoim umiejętnościom wyszukiwania różnych informacji w internecie, będę mogła sama założyć klinikę, nie klinika jest dla lekarzy… Dla fizyka/informatyka z zacięciem samoleczniczym to chyba byłaby jakaś lecznica, uzdrowisko?! Bo lekarzom się nie chce…

Kotek – etui na komórkę

Grudzień28

Szukałam czegoś z kotkiem, dla dziewczynki, która bardzo lubi te miłe stworzonka i wpadło mi w oczy śliczne etui z tej ruskiej stronki.

Moja wersja nie jest tak idealna jak oryginał, ale myślę, że jak na podpatrywacza szydełkowych cudeniek i tak całkiem nieźle mi poszło 😛

Gdyby ktoś chciał i potrzebował instrukcji – dysponuję swoją własną wersją, niestety tylko rysunkową… Zajdziecie ją tutaj: etui-kotek-schemat.pdf

Nowe kierunki?

Grudzień27

źródło: https://pixabay.com/pl/fizyki-podstawy-prawa-r%C3%B3wnanie-3154920/

Od ponad trzech lat uczę w szkole podstawowej. Kiedyś jako stażystka miałam przygodę z nauczaniem przez 1,5 roku w dwóch gimnazjach – czas ten wspominam wręcz fatalnie. Moje początki w szkolnictwie jako świeżo upieczona nauczycielka z wielkimi ideami niesienia pomocy dzieciom w zrozumieniu tajników fizyki były kiepskie, bardzo kiepskie. I w zasadzie tylko dzięki wsparciu starszych, doświadczonych nauczycielek udało mi się ten czas przetrwać. Nic pozytywnego z tego okresu nie zapamiętałam – totalna klęska! Niestety tego, że w gimnazjum trzeba było nauczyć się przetrwać, nikt nam na studiach nie powiedział… Karmiono nas wzniosłymi ideami. A studenckie praktyki w wytypowanych szkołach, pod czujnym okiem wieloletniego praktyka, to było zupełnie coś innego, niż szkoła w rzeczywistym wydaniu. Gimnazjalnym wydaniu… Do niedawna bowiem nauka fizyki zaczynała się właśnie na tym etapie.

Chcecie szczegółów? Nie ma sprawy… Szczególnie dla tych, którzy uważają pracę nauczyciela za taką, w której człowiek Boga za nogi złapał… W końcu "wolnego" co nie miara, możesz lekcję z książki zrobić (ciekawam, który fizyk tak robi?), masz pół dnia wolne i pensyjka jak marzenie… Tak, szczególnie jeżeli do etatu brakuje ci jednej godziny 😀

Młodzież… Po 1,5 roku z uroczą młodzieżą (rok z tą ze śródmieścia, reszta z tymi z Huty), myślałam, że czeka mnie długi turnus w szpitalu na Babińskiego*… Rzucanie koszem? Nie, zaledwie koszem ze znajdującym się w nim plecakiem, bo jakaś dziewoja go wrzuciła takiemu jednemu do kosza, bo był "inny" – duży, gremlinowaty i dopiero wrócił z poprawczaka… Bogu dzięki za katedrę za szkłem! Groźby? – tylko karalne! Po zwróceniu uwagi, że delikwent może być spytany na kolejnej lekcji z tematu, na którym nie uważa – zastraszanie nauczyciela – "pani mi grozi? Już była taka jedna, której opony w aucie poprzebijałem… Zaczekam na panią po lekcji…". Czy w jakiejkolwiek pracy kobieta musi dzwonić po męża, by przyszedł pod same drzwi pracy, by ją bezpiecznie dostarczyć do domu? W szkole nie wolno palić? "Jak to? – nie wiedziałam!" – i ironiczny uśmiech dziewczyny, którą trzeba było pilnować, by przez okno z 2-go piętra nie uciekła i właśnie sobie w klasie zapaliła…

*Szpital psychiatryczny w Krakowie

Czy moim zadaniem nie powinno być wlewanie fizycznej wiedzy do głów? Było… Ale wszystko sprowadzało się do tego, by te nieszczęsne godziny przeżyć! Gość, po którym otrzymałam tę pracę miał 25 lat doświadczenia w szkole, a zrezygnował z pracy w tym gimnazjum po 2 tygodniach… Ja poszukująca pracy, po niechęci do mnie opiekuna stażu w poprzedniej szkole, wytrzymałam tam pół roku, na szczęście jakiś mądry człowiek spisał je na straty i już je zlikwidowali.

Po tych nędznych doświadczeniach stwierdziłam, że nauka w szkole, to ostatnia rzecz jakiej się w życiu tknę. Czas mijał, ja się przekwalifikowałam na przedszkolankę – dobrze mi było. A, że kocham dzieci, to miałam i radość z tej pracy i satysfakcję. Niestety, co u mnie na myśli, to i na języku – nie potrafię kłamać, a i tchórzyć też nie lubię, zatem na pytanie ówczesnej dyrektorki przedszkola odpowiedziałam jasno, co mnie i innym się nie podoba i jak można by to zmienić. Niestety pomysł się nie spodobał i dostałam urlop na odchodne…

Oczywiście nic się nie stało, wręcz i tak zamierzałam stamtąd odejść do pracy na szkolnej świetlicy. I tak też się stało. Tyle tylko, że świetlica po pół roku zamieniła się w lekcje informatyki, a od zeszłego roku także fizyki…

Fortuna kołem się toczy. Co mi dało zarzekanie się, że już nigdy nie będę uczyć? To, że właśnie teraz uczę w podstawówce, wśród dzieci, które chcą się uczyć, są sympatyczne, ułożone i szanują nauczycieli. Daję im swoje zainteresowanie i rzeczywistą uwagę, o każdym praktycznie potrafię coś powiedzieć, a one odwdzięczają się na lekcji swoim zaangażowaniem.

Jest jeszcze coś… Nienawidzę prowadzić sztampowych lekcji. U mnie coś musi być innego, zaskakującego lub choćby dziwnego. Zaczęłam eksperymentować na lekcjach informatyki, które były dla mnie wielkim wyzwaniem. Starałam się, by te ćwiczenia, które zadaję były interesujące, wymagające kreatywności, czasem działania na czas. Wprowadzałam różne techniki zaliczania działów, pracy w grupach, zdalnej pracy – wszystkich tych kompetencji, które mogą się przydać w prawdziwym życiu. I dzieci bardzo polubiły informatykę ze mną. Dlaczego? Okazało się, że hacker wcale nie musi być zły, że czasem nawet jest potrzebny, gdy chodzi o sprawdzenie bezpieczeństwa. Okazało się, że dzieci mają do mnie zaufanie i przychodzą z prywatnymi problemami, nie tylko dotyczącymi sieci i zagrożeń z nią związanych. Doceniam to bardzo i nie chcę zaprzepaścić ich zaufania.

Przyszła i kolej na fizykę. Dam sobie radę, myślałam, w końcu już jej kiedyś uczyłam… Yhym, tyle, że program dla podstawówek okazał się inny. Nie wiem, kto go w swej radosnej twórczości tak skomponował, ale wielu rzeczy nie wziął pod uwagę. Po pierwszym dziale walczyłam o to by chociaż 20% nie znienawidziło fizyki. I pomyślałam, że coś jest tutaj nie tak jak być powinno. Chciałam zapalać w uczniach chęć do nauki, pokazać im, że fizyka otwiera umysł na tyle niesamowitych pojęć, że pozwala przynajmniej w części zrozumieć, jak działa świat, że jest fascynująca!

I wtedy napadła mnie myśl – skoro potrafiłam sprawić, by informatyka dzieci wciągnęła, to przecież powinnam potrafić zrobić to także z fizyką! I to był początek moich zmian. Powstał wtedy mój drugi WebQuest "Zakręcona dynamika" (pierwszy dotyczył Starożytnej Grecji). Efekty prac zaskoczyły mnie bardzo – część dzieci stworzyła filmiki dotyczące 3 zasad dynamiki Newtona, inne wykonały przeróżne gry edukacyjne – byłam pod wielkim wrażeniem zarówno ich kreatywności, jak i poziomu prac.

Ten pozytywny eksperyment zmotywował mnie do wymyślenia jeszcze czegoś lepszego. Tak powstała moja pierwsza grywalizacja w fizyce – "Wyższa Szkoła Dyskredytacji Cieplika" – jak w pełni wyglądała, opiszę Wam w osobnym poście. Za nią poszła kolejna "Elektryka prąd nie tyka" i liczę, że niedługo wpadnę na pomysł następnej.

Grywalizacja jest bardzo wciągającą formą uczestnictwa w lekcji. Wymaga sporego zaangażowania nauczyciela w trakcie tworzenia i przemyślenia wielu aspektów, ale wyniki są nieproporcjonalnie większe do wkładu pracy…

Ja, która nie mogłam doprosić się o zrobienie jednego zadania domowego, na zasadzie podstawienia odpowiednich wartości do wzoru, miałam przed, po, a nawet i w trakcie lekcji kolejkę uczniów, którzy dopraszali się sprawdzenia ich zadania (i otrzymania kelvinów/voltów – waluty w grywalizacji). Zeszyty były pełne samodzielnie wykonanych notatek, grube, z wystającymi z nich zakładkami, kolorowymi obrazkami. Czegoś takiego się nie spodziewałam…

To oznacza, że dając dzieciom możliwość wyboru – nie musisz nic robić (najwyżej nie dostaniesz nic :D) – robisz kiedy chcesz i ile chcesz, a nawet jak chcesz, spowodowało niespodziewane zainteresowanie fizyką. Czasem pojawiały się pytania – "a czemu Pani nie zadaje zadań z książki"? Dlaczego? Bo są sztampowe! Uważam, że ciekawsze są te z prawdziwego życia…

Tym sposobem dzieci są w stanie same wysnuć logiczne wnioski, przeprowadzić własnoręcznie doświadczenia i nawet zauważyć, że coś im nie wyszło…

Chciałabym to przekazać innym nauczycielom – musimy wszyscy zmienić styl uczenia, by trafić do dzisiejszej młodzieży i nie zniechęcić ich, a wskazać, że jest wiele ciekawych sposobów by się wiele nauczyli i że to jeszcze im sprawi frajdę!

Świecznik z kamyczków

Grudzień16

Na tegoroczny kiermasz bożonarodzeniowy w naszej szkole, tworzyłam ze swoją klasą w tym roku dwa rodzaje świeczników jeden z kamyczków, drugi ze słoiczków. Każdy mógł wybrać, to co mu bardziej odpowiadało, efekty wyszły całkiem przyjemne dla oka 😀

Świecznik z kamyczków
lampion ze słoika

Chrystus Zmartwychwstał, Alleluja!

Kwiecień5

Christus resurrexit

Kochani! Na Święta Wielkiej Nocy życzę Wam i sobie aniolek

Aby Zmartwychwstały Chrystus
obudził w nas to, co jeszcze uśpione,
ożywił to, co już martwe;
Niech światło Jego słowa
prowadzi nas przez życie do wieczności.
Radosnych Świąt oraz pełni błogosławieństwa Bożego!

 

 

O zbrodni i karze… Cz.2

Styczeń5

histeria2

Kara brzmi w naszych czasach, jak coś zakazanego, coś co należałoby w ogóle wykluczyć ze słownika, a z życia przede wszystkim. Dzięki niepisanemu zakazowi stosowania kar w „wychowaniu” bezstresowym, mamy teraz całe rzesze „wspaniałej” młodzieży – wiem, pracowałam w gimnazjum i za pracę z ową w szkole – dziękuję, postoję. Jednakże, już sam Arystoteles powiadał, że kara jest także rodzajem lekarstwa.

Brak kar wiąże się z brakiem ponoszenia konsekwencji swoich czynów, generuje ludzi niezdolnych do stworzenia trwałego związku, utrzymania stałej pracy, mających „spinkolone” życie, bez celu, bez idei, bez sensu. Nic dziwnego, że gonią z pieniądzem, zaspokojeniem chuci, wpadają w nałogi – nie znają przecież ograniczeń, no bo i w jakim celu, dla kogo?

Jestem zwolenniczką kar, nie cielesnych, żeby mnie tu ktoś nie ścigał sądownie, ale takich, które dziecko zrozumie i… odczuje. Dziecko musi wiedzieć kiedy postępuje źle, a my jesteśmy od tego, żeby wytłumaczyć co i dlaczego. Jeżeli uparcie postępuje źle, należy znaleźć tego przyczynę.

Jeżeli krzyczy – może jest przygłuche? A może to jedyny sposób w jaki komunikują się jego najbliżsi? Wierzcie mi, gdy zechcecie zrozumieć dziecko – wszystko stanie się jasne, ale wyjdą też rzeczy, które będziecie musieli zmienić w sobie, maluch jest bowiem Waszym lustrzanym odbiciem…

Jeżeli jest nadruchliwe, to może za dużo ma w swojej diecie cukru? – badania naukowe potwierdzają korelację między ADHD a spożyciem tego białego proszku w nadmiarze. Druga istotna sprawa, to ta, że dzieci „na glukozie” nie odczuwają głodu – nie dawajcie im zatem słodyczy w zamian za normalny obiad – nie dostarczacie im składników potrzebnych do rozwoju, a tylko dokarmiacie parazyty… A te mówią na sam widok słodyczy mniam, mniam, mniam

Jeżeli Wasze dziecko często histeryzuje, możliwe, że jako Rodzice nie potraficie być konsekwentni i po zabronieniu czegoś, po chwili płaczu przystajecie na żądania małego terrorysty – cóż, dajecie się nabrać na najprostszą i chyba najstarszą metodę manipulacji…

histeria

Zawsze jest jakaś przyczyna niewłaściwego zachowania, ale nie oznacza to, że takowe powinno się zostawić bez nagany, muszą za nie grozić jakieś sankcje – przemyślane i odpowiednie dla wieku i stanu pojęciowego dziecka. Po pierwsze kara za nie musi być adekwatna, wymierzona bez silnych emocji (zakłócają nam odbiór rzeczywistości) i najlepiej natychmiastowa, tak by szczególnie małe dziecko rozumiało kontekst przyczynowo-skutkowy.

Jakie mogą to być kary?

  • nudzenie się przez określony czas – szczególnie nie lubią go maluchy – polega na siedzeniu przy stoliku, na dywanie, bez zabawek, bez rozmów, najlepiej w ustalonej pozycji;

  • ograniczenie czasu oglądania bajek, korzystania z internetu, telefonu;

  • wyjście do innego pokoju;

  • ograniczenie lub wykluczenie codziennych słodyczy;

  • rezygnacja z atrakcji, które zaplanowaliście.

Dziecko musi wiedzieć, czego od niego oczekujesz. Komunikaty muszą być proste i jasne, te o karze szczególnie. Najlepszy jest sposób na liczenie do n… (Liczę do 10, jak tego nie zrobisz…). Gdy mówicie do starszych dzieci (kilkulatków), dobrze by było, gdybyście zawarli krótkie wytłumaczenie np. prosiłam byś nie jeździł samochodami po ścianie, bo ją brudzisz – ponieważ nadal to robisz, będziesz się nudził przez 5 minut.

Na histerię jedna rada – nie reagować, a najlepiej nawet zniknąć z oczu – starszaka można spytać, czy ono wychodzi z pokoju, czy my… I druga rzecz – nauczyć się konsekwentnego mówienia nie – można określić dlaczego, np. każdy może zjeść tylko po 1 bananie, idziemy do sklepu tylko po chleb etc.

Życzę powodzenia przy wdrażaniu właściwych zasad – mnóstwa cierpliwości i opanowania, gdyż będą Wam potrzebne…  minibyebye1

O zbrodni i karze… Cz.1

Grudzień31

bad-kid

Dlaczego akurat o tym chcę napisać? Ponieważ przeraża, szczerze przeraża mnie to, co widzę na ulicach, w sklepach, w przedszkolach, domach… Cierpnie mi skóra i odzywa się z dezaprobatą mój głos wewnętrzny – jak tak w ogóle można? Jak można w cywilizowanym świecie dopuścić do tego, by dorośli (bo zakładam, że tacy są) ludzie zezwalali na zachowania swoich dzieci, które nie mają nic wspólnego z dobrym wychowaniem, ba nawet pokuszę się o stwierdzenie, że nie mają w ogóle nic wspólnego z wychowaniem.

Drodzy Rodzice, rozumiem, że często brak już Wam sił, pewnie nieraz chcielibyście sobie odpocząć od wrzasków w domu i ciągłego „zawracania głowy”, wcale się Wam nie dziwię. Dom powinien być oazą spokoju, miłości i… przynajmniej względnej ciszy. W domu powinniśmy móc odpocząć i zregenerować siły na kolejny dzień. Czemu jednak to wydaje się niektórym niemożliwe? Cóż, czas na wytoczenie działa – oto zbrodnie.

histeria1

Uczcie dzieci zabawy w ciszy – wcale a wcale nie potrzeba do zabaw wrzasków, pisk radości może się zdarzyć, ale nie przez cały czas i w granicach dopuszczalnych dla słuchu norm.

Uczcie mówić dzieci, a nie krzyczeć – dlaczego one krzyczą? Krzyczą, bo ich nie słuchacie! Poświęćcie im swoją uwagę, choćby na 5 minut dziennie, ale niech to będzie prawdziwa uwaga, a nie w stylu „tak, tak, podoba mi się – co mówiłeś?”.

Uczcie dzieci po sobie sprzątać – błagam, nie róbcie tego za nie! Dlaczego? Niech to będzie ich pierwszy obowiązek, niech nauczą się go wypełniać solennie i co ważne konsekwentnie. Zaznaczcie jasno, że dopóki brzdąc nie posprząta – nie zje deseru, nie oglądnie bajki, nie pójdzie na spacer i trzymajcie się tego. Po kilku razach, nawet nie będziecie musieli dziecku przypominać – samo będzie sprzątać, a jeżeli do niego dołączycie, będzie to z pewnością dobra zabawa, jak i chwila dająca możliwość rozmowy! Sprzątając za dzieckiem nie nauczycie go porządku, nie nauczycie konsekwencji wynikających z jego poczynań, a poza tym wyhodujecie lenia, który tylko będzie czekał, aż ktoś coś zrobi za niego.

Uczcie dzieci, że mogą się same bawić – za czasów PRLu nikt się z rodziców (dziadków) z dziećmi nie bawił, a jeżeli już to przez chwilę – teraz dzieci żądne są by cały czas poświęcać na zabawę z nimi, efekt – nie da się w normalnych warunkach ani słowa zamienić…

Nie przekupujcie dzieci – w ten sposób sami kręcicie na siebie bicz histerycznych wrzasków w najmniej spodziewanym miejscu i czasie – tego chyba nie lubicie, ani Wy, ani nikt z Waszego otoczenia…

Uczcie dzieci, że w różnych miejscach należy się inaczej zachowywać – w kościele, w kinie, w parku, w gościnie, nawet w hipermarkecie obowiązują jakieś normy i trzeba ich przestrzegać – za właściwe zachowanie mogą przecież dostać nagrodę. Normy kulturalnego zachowania zostały ustalone by wszystkim żyło się dobrze, by ludzie mogli koegzystować – jeżeli ktoś nie dopasowuje się do norm, powinien unikać (moim osobistym zdaniem) miejsc, w których są one przestrzegane. Nie bądźcie egoistami!

Mówcie do dzieci używając jasnych komunikatów, tych zawikłanych, niezrozumiałych dziecko nie wykona i … będziecie sami sobie winni.

Pewnie to nie wszystkie „zbrodnie”, ale na ten raz wystarczy 🙂 Kolejnym razem powiem co nieco o potrzebie stosowania kar.

Gaudete! Christus est natus ex Maria Virgine!

Grudzień24

Moi Kochani, życzę Wam pełni Bożego Błogosławieństwa dla Was i dla Waszych rodzin oraz wszystkiego co najlepsze w Święta i w nadchodzącym 2015 Roku!

Święta Rodzina

O zgubnym nawyku robienia wszystkiego za dzieci… cz.2

Listopad13

Moi Drodzy! Czas na kolejną, zapowiadaną część – dlaczego nie powinno się wyręczać dzieci – tym razem tych starszych, powyżej 3-4 roku, skończywszy aż na przysłowiowych podlotkach… Na pewno zauważyliście, że gdy dziecko zaczyna sprawnie wypowiadać zdania (często z naciskiem na „ja chcę”) w jakiś sposób, nieraz nieuświadomiony, zaczynamy przyznawać mu prawo do posiadania własnego zdania, a nawet podejmowania decyzji. I nie było by w tym nic złego, wierzcie mi, gdyby nie fakt, że my jesteśmy dorośli (zgadzacie się?), a bąble nie są… O co mi chodzi pewnie spytacie? Już tłumaczę.

nie wolno rozmowa

Na nas dorosłych ciąży odpowiedzialność i to nie byle jaka – za zdrowie, życie, przyszłość, szczęście dzieci naszych i cudzych. Dzieci nie mają pojęcia o świecie, o zagrożeniach, o różnych komplikacjach, gdyż one nie powinny ich dotykać – my jesteśmy od tego by je chronić. Nie mówię o trzymaniu ich pod kloszem aż do wydania za mąż/ożenienia, ale uważam z całą odpowiedzialnością, że każdy etap życia ma swój czas i swoje ograniczenia. Nie pozwolę zatem by n-latek narzucał mi swoje zdanie, bo tak został w domu przyzwyczajony… Rodzice do tego dopuścili, prawda i niestety sami nie wiedzą kiedy ich ukochany, wymarzony brzdąc stał się terrorystą bez skrupułów, wrzeszczącym na pół osiedla, bo mama powiedziała, że czas wracać z placu zabaw na obiad, bądź też w starszej wersji dzwoniącym na policję z fałszywym doniesieniem o biciu, bo ojciec nie pozwolił wyjść z domu wieczorem… Wierzcie lub nie, ale bardzo negatywne zachowania demonstrują już małe dzieci.

Dlaczego tak się dzieje? Dziecko jeszcze nie rozumie, co dla niego dobre, a co nie. Przepraszam, uważa, że dobre jest to, co ono chce – to lepsza wersja val

Teraz nasza „działka” – możemy oczywiście pozwolić dziecku robić jak zechce – tak dla świętego spokoju, nie będzie płaczu, złości, natrętnych spojrzeń starszych pań i usuwania się z zasięgu dźwięków wszystkich facetów… Będzie dobrze – na tę chwilę. Później będzie już tylko gorzej, bo z roli rodzica zdegradujecie się do roli dziecka, którym dyrygować będzie… Wasz brzdąc. Ja dziękuję za taką opcję i szczerze, bardzo szczerze współczuję Rodzicom, którzy nie potrafią sobie dać rady z własnymi dziećmi – popełnili błędy, tego nie da się ukryć, ale z drugiej strony będą ich konsekwencje ponosić do końca życia a jak dla mnie to trochę jak odsiadka w więzieniu…

Jest jednak opcja nr 2 – możemy zachować się jak dorośli i sami decydować – dziecko jak najbardziej może nam „pomóc” wybrać właściwą opcję, ale to my podejmujemy ostateczną decyzję. Ta wersja daje wiele możliwości – pomaga zacieśnić rodzinne więzi, zrozumieć i poznać otaczający świat. Tatuś lub mamusia mogą – i często powinni – wytłumaczyć, dlaczego tak a nie inaczej postępują (ważne szczególnie u starszych dzieci), a w stosunku do maluszków muszą być cierpliwi i konsekwentni. Konsekwencja to podstawa wychowania! Dziecko wówczas zna granice, do których może się posunąć, a to pozwala mu czuć się bezpiecznie.

A teraz kilka przykładów do zastanowienia…

Podstawówka, zadanie domowe – z polskiego mama siedzi nad wypracowaniem, tata nad matematyką, a brzdąc hasa po polu, bądź też męczy PS3… Wyrośnie yntelygent jak nic.

Przed I-wszą Komunią, list do Ojca Chrzestnego – „Drogi Wujku, tata powiedział, że kupisz mi dobry komputer na prezent, więc ja w tej sprawie piszę, bo mój jest już stary, zeszłoroczny, grafika nie wyciąga na najnowszych grach od kumpla, a i przydałoby się… ” – przykład z życia wzięty… My wówczas komputera z siostrą nie miałyśmy, ale od czego są chrześni, jak nie od brania kredytów?

Osoby dramatu: dwie dziewczynki z jednej klasy (wychów-nów), nauczycielka. Dziewczynki do siebie: „Ty pi***!”, „Ty ci***!” – ”Jak Wy się w ogóle wyrażacie? Proszę przynieść dzienniczki, zaraz Wam wpiszę uwagę!” – „a takiego h*** głupia ku***”. To również sytuacja prawdziwa, mało który nauczyciel się z taką nie spotkał… Nauczyciel autorytetem, rodzic? Buchacha…

gotyckie nastolatki

Teraz Drodzy Rodzice zastanówcie się, czy warto wyręczać dzieci, robić za nie wszystko, podtykać im pod nos jak najlepsze kąski, stawiać na piedestale, z którego będą nami, starszymi manipulować, czy też wziąć się wreszcie za siebie i stawić rodzicielski opór żądaniom brzdący? Dziecko musi wiedzieć, kto jest autorytetem, bo jeżeli nie ma go od dzieciństwa, to jak będzie starsze poszuka sobie swojego, tyle tylko, że możecie się nieco nim zdziwić… Póki co macie jeszcze czas – wybór należy do Was!

Tak na koniec przytoczę Wam fragmencik z książki Jerzego Michotka „Tylko we Lwowie”:

Bodajże tego samego roku zapamiętałem jeszcze jedno wydarzenie. Dostałem od Ojca lanie. Pierwsze. I ostatnie. Złapał mnie na kłamstwie. Myślalem, że się spalę.

– Będzie mnie to bolało bardziej niż ciebie – rzekł. Nie wierzyłem. Bo lał tak, że… myślałem, że się rozbeczę. I rozbeczałem się. Ale nie podczas lania. Potem. W ubikacji na ganku.

– Jak można? – zadawałem sam sobie pytanie szlochając jak dziecko (a miałem już wtedy 6 lat)…

– Jak można bić włąsnego syna, jeśli się go kocha?

I dziś sobie na to pytanie odpowiadam:

– Nie można. Trzeba! Jeśli się kocha, to trzeba karać tak, by dziecko pamiętało po 60-ciu latach.

I dziś wierzę, że Ojca bolało to bardziej niż mnie. Nigdy Mu więcej nie kłamałem. Przekonany jestem, że człowiek, jeśli nie ma drugiego człowieka, któremu może powiedzieć całą prawdę – przegrywa życie.

Przy tym wszystkim co napisałam, nie zapomnijcie, że dzieci są do kochania i przytulania – one bardzo tego potrzebują do właściwego rozwoju, więc nie szczędźcie na nich! cuddle

O zgubnym nawyku robienia wszystkiego za dzieci…

Sierpień26

przedszkole

Od dwóch miesięcy pracuję w pewnym przyjemnym przedszkolu. I muszę Wam powiedzieć, że na początku byłam bardzo zaskoczona. Dlaczego? Ponieważ w moim przedszkolu pracuje zgrana kadra, która stawia sobie i dzieciom zadania i wiernie je wypełnia. Dzieci? – jak to dzieci, są miłe i sympatyczne – no dobrze, zdarzają się czasem wyjątki, ale to już nie ich wina, grunt, że są w dużym stopniu usamodzielnione. Pamiętam swoje pierwsze wrażenie, gdy przyszłam do pracy – dzieci same jedzą – szok! One same idą na nocniki/toaletę, same się ubierają, myją rączki – szok do n-tej! I nie mówię tutaj o tych starszych (2,5 latki), ale o tych najmniejszych z oddziału żłobkowego…

dzidziol jogurt

Maluszki są szczęśliwe, jak uda im się coś samym zrobić, mało tego, niektóre się złoszczą, jak próbuje się je w czymś wyręczyć! Widok radości na ich buziach, gdy „ciocia” pochwali, wynagradza niejedno „przewinienie”…

Utopia, zdawałoby się? Jednak nie w naszym przedszkolu – tu ciężką pracą wdraża się maluchy do samoobsługi. Czasem trzeba wiele cierpliwości i czasu by dzidziol nauczył się choćby ściągać samemu spodenki, czy też by trzymał łyżkę tak, aby z niej nie spływała cała zupa. Jednak, gdy się już tego nauczy, satysfakcja gwarantowana. A przy okazji „ciocie” mają zapewnioną codzienną dawkę humoru, szczególnie, gdy maluch w trakcie nauki wygląda jak ten poniżej giggle

ośmiornico-dzidziol

Dobrze, ale ja zawsze muszę mieć jakieś ALE naughty

Pewnie zdarzyło Wam się nieraz zrobić coś za dziecko, żeby:

  • było szybciej
  • przestało się już wydzierać
  • nie prowokować go do ataku histerii
  • mieć względny porządek.

To zrozumiałe powody i samą mnie nie raz – i nie dwa – kusi by się im poddać. Jednak nie w tym rzecz. Pokazując dziecku, że możesz, ba – chcesz coś za nie zrobić, uczysz je, że samo nie musi tego robić. To oznacza, że mości księżniczka (książe)

nie musi po sobie sprzątać – Ty to przecież zrobisz lepiej i szybciej,

– nie musi się nigdzie spieszyć  – i tak na nie zaczekasz, albo weźmiesz w końcu pod pachę,

– nie musi nic absolutnie koło siebie robić – wszystkim z zapałem zajmą się rodzice, babcie itp.,

no i najgorsze:

nie musi Cię (nikogo) słuchać, bo przecież ono wyraża w ten sposób swoją osobowość…

Oczywiście ta ostatnia uwaga jest sarkastyczna, co nie zmienia faktu, że rodzicielskie osobniki z takim światopoglądem rzeczywiście istnieją…

solar-kid

A teraz drodzy Rodzice i Opiekunowie zastanówcie się, jakich ludzi nam kreujecie? Czy będą to zadufani w sobie egoiści, wymagający od innych by zaspokoili wszystkie ich potrzeby, bez względu na konsekwencje, czy też ludzie pewni siebie, samowystarczalni i świadomi swoich sił i możliwości? Jeszcze macie czas, by wiele rzeczy zmienić – bez Waszej jednak pomocy, my przedszkolanki wiele z Waszymi dziećmi nie zdziałamy…

Kolejny wpis będzie się tyczył wyręczania nieco starszych dzieci i konsekwencji tegoż. Pozdrawiam!

« Starsze wpisy