Muffak

Nic nie przyniesie ci zadowolenia, jeśli nie postarasz się o nie sam. /R.Emerson/

O egoizmie rodziców i tego, co z niego wynika…

Luty27

Może zastanawiacie się skąd w tytule egoizm rodziców… zaraz Wam wszystko wyłożę.

Cóż od kilku dni przyszło mi bytować w towarzystwie jednego mało wychowanego (o ile w ogóle coś można w tym konkretnym przypadku mówić o wychowaniu…) osobnika. Stworzenie to jest dokuczliwym stworem, który nigdy nie zrobi niczego ani jak potrzeba, ani kiedy potrzeba. Zamiast mówić normalnym głosem – prawie że krzyczy, zamiast normalnie chodzić tupie, jakby miał sobie pięty odbić, zamiast myć ręce mydłem wgniata je w odpływ. Zamiast posłuchać, co dorosły chce mu powiedzieć, zarozumiale wykrzykuje, że on wie lepiej, albo co gorsza stwierdza, że „nie słyszał”, że ma zamknąć drzwi, umyć ręce (nie musi się myć, bo jest czysty), zgasić światło itp…

Ważne jest tylko „ALE JA CHCĘ!”, „NIE BĘDĘ”, „NIE LUBIĘ”, „A WŁAŚNIE, ŻE BĘDĘ!”, „NO I CO Z TEGO?!”. A za chwilę „PRZYNIEŚ MI!”, „EJ TY”, „GDZIE MI TO DAŁAŚ?”

Źródło: https://cdn.pixabay.com/photo/2016/10/17/21/54/aggressive-1748701_960_720.jpg

Zwykle po dłuższym czasie z nim spędzonym człowiek ma szczerą ochotę wystawić go mróz, żeby skruszał… Słów brakuje wszystkim, nerwy muszą być jak postronki, a później się człowiekowi odbija na zdrowiu… Po to, by ktoś inny miał smarkacza z głowy.

Dlaczego rodzice są egoistami? Bo to oni wpłynęli na to, jak się małolat zachowuje. I nie mieli na względzie, jak zwracano im uwagę, że coś robią niewłaściwie. Wiedzieli i dalej wiedzą lepiej. A z dzieciakiem nie idzie wytrzymać…

Teraz to jeszcze małolat, ale kto świadomy widzi, że to nie jest kulturalny i grzeczny chłopiec, a stwór nie przestrzegający zasad higieny, niewiedzący, jak się zachować przy ludziach i w towarzystwie i do tego nieznośnie głośny. Jego mama może nadal piać nad tym, jaki jest wspaniały, mądry, grzeczny i dobrze wychowany. Jaki jest koń – każdy widzi!

Pójdzie do szkoły to się nauczy – to jedne z tekstów obronnych. Może kiedyś rodzice (sami będący nauczycielami) zrozumieją, że to nie szkoła ma wychowywać ich dziecko, a oni sami… Może w szkole nauczą brzdąca chociaż, jak dostosować się do podstawowych norm społecznych, bo w życiu domowym klęska na całej pełni.

Daj Panie Boże, by ktoś do grzdyla trafił i nie wyrósł z niego degenerat…

Odwieczne pytanie – szron to czy szadź?

Styczeń22

Dziś poza Krakowem była piękna, słoneczna pogoda i krajobraz jak z bajki – drzewa w białej, delikatnej szacie. Wyjątkowo pięknie prezentował się dzisiaj świat, zobaczcie zresztą sami…

Jak to zwykle u fizyka bywa, chce poznać istotę zjawiska, a przyznam się Wam, że nikt mnie nie uczył rozpoznawać, które to ze zjawisk atmosferycznych jest – szron czy też szadź? Hmm…

Po zapoznaniu się z „literaturą” tematu w internecie, wciąż mam mieszane uczucia – to czy to?

Szadź jest zjawiskiem znacznie rzadziej występującym i występuje w postaci ostrych igiełek niejako wyrastających z przedmiotów, bądź roślin, na których osiadła. Powstaje z mgły w momencie zetknięcia przechłodzonej wody* z zimną powierzchnią. Zwykle by powstała, konieczna jest temperatura poniżej 0oC.

Szron natomiast jest bardziej powszechny – tworzy się z kryształków lodu osiadających na gałązkach drzew i roślin, igłach oraz innych przedmiotach – tak jak tym na słupie drogowym ze zdjęcia, czy też na samochodowych szybach. Powstaje gdy wilgotne powietrze styka się z powierzchnią o temperaturze poniżej 0oC (resublimacja – przejście pary wodnej w lód).

Mało kto zdaje sobie sprawę, że istnieje jeszcze kilka innych ciekawych zjawisk atmosferycznych – mamy okiść, kiedy zimą drzewa poryte są śniegową czapą, oraz gołoledź – kiedy na powierzchniach tworzy się lodowa warstwa – najczęściej widoczna na jezdni, ale na drzewach też się pojawia.

Gdy wróciłam, niestety czar już prysł – drzewa i rośliny pozbyły się w większości swego niecodziennego ubioru. Udało mi się zrobić kilka zdjęć z bliska i… chyba to był szron, ale pewna wciąż nie jestem 😀

* przechłodzona ciecz – tu cząsteczki mgły (woda) – substancja będąca w stanie ciekłym poniżej swojej temperatury krzepnięcia

Ciekawy artykuł w temacie – Czym się różni szadź od szronu?

Patchworkowy kocyk dla Krzysia

Styczeń22

Zaczęłam go robić w styczniu zeszłego roku, gdy Krzyś był już w drodze. Nieco trwało, by wszystkie te cząsteczki połączyć ze sobą (i nitki pochować brr…), ale efekt myślę wart pracy 😀

Wzór kocyka (Kocyk babuni II) z książki „Szydełkowanie” Lesley Stanfield – gdyby komuś bardzo przypadł do gustu, mogę zeskanować 🙂

O posłuszeństwie

Styczeń21

Jego brak jest zmorą naszych czasów.

Jak myślicie, co się pojawiło w internecie, gdy wpisałam w wyszukiwarce słowo „posłuszeństwo”? Wyskoczyło nieco demotywatorów, całe mnóstwo szkoleń dla psów oraz różnego rodzaju hasła dotyczące łamania praw człowieka, przymuszania do wykonania czegoś, stawiania oporu, katowania zwierząt itp. Czy faktycznie tak jest?!

Pomyślałam zatem, że spróbuję Wam pokazać zalety posłuszeństwa, tak jak widzę je ja – oczami kobiety i do tego katoliczki. Poczytajcie, jakie jest moje spojrzenie, na tę arcyważną cnotę.

W naszych czasach dzieci nie są posłuszne rodzicom, nigdzie też już nie słyszy słyszy się, by jak dawniej żony były posłuszne swoim mężom, a niewykonanie poleceń pracodawcy jest obecnie brane za odwagę, a nie chamstwo i przyczynek do tego, by być z pracy wywalonym… Dobrze, że jeszcze zakonnicy są posłuszni, a żołnierze wykonują rozkazy! Ich pewnie też niedługo dosięgnie ta zmora…

Każdy w naszych czasach się czegoś lub kogoś boi – rodzic, że dziecko na niego naskarży (chore, ale się zdarza), mąż, że żona zadzwoni na policję, jeżeli będzie chciał dać rozpuszczonemu bachorowi w tyłek (prawdziwe), a pracodawca boi się, że nie będzie miał kto dla niego pracować, jeżeli zwróci uwagę pracownikowi za jego niesubordynację. Nic dziwnego zatem, że te nasze „świetne” czasy zeszły na psy.

Pierwszym znanym powszechnie przykładem nieposłuszeństwa był oczywiście grzech Adama i Ewy. Później już szybko potoczyły się kolejne 🙂

Wagę połuszeństwa znano już od zarania dziejów. Nawet niepiśmienne ludy miały swoich wodzów, względem których były posłuszne. Było to zachowanie celowe – głównie by zapewnić sobie miejsce w społeczności, a co za tym idzie bezpieczeństwo i opiekę dla siebie i swojej rodziny.

Posłuszeństwo od wieków było wpisane we wszystkie role społeczne, począwszy od rodziny — swojej najmniejszej komórki. Głową rodziny zawsze był ojciec (istniały kiedyś także społeczeństwa matriarchalne, ale nie w naszej europejskiej kulturze), którego zadaniem było utrzymanie rodziny i kierowanie nią. Każdy miał swoje zadania i związane z nimi obowiązki. Ojciec zapewniał byt rodzinie, matka wychowywała dzieci i zajmowała się ogniskiem domowym. A dzieci miały być posłuszne.

Jeszcze do nie dawna (przed Soborem) dawano rodzicom w kościele (katolickim) do zrozumienia, że są odpowiedzialni za to, czy ich dziecko będzie się skłaniało w życiu ku niebu, czy też ku wręcz przeciwnej stronie. Na prawdziwie katolickich rodzicach ciąży zatem duża odpowiedzialność – zbawienie ich dzieci. Stąd też, ich właściwe wychowanie było obwiązkiem moralnym.

Teraz wszystko stoi na głowie. Matka (wiadomo w spodniach – poczytaj, co o tym sądzę tutaj) rozporządza tym, co powinien robić mąż, kompletnie nie przejmując się tym, czy sama dobrze spełnia swą rolę i co ważniejsze, czy słusznie… Mężczyzna bowiem, prawem natury, ma zupełnie inne kompetencje niż kobieta. Na jego dezycje nie działają emocje, które zazwyczaj są doradcami kobiet (niestety nie najlepszymi), a co za tym idzie, męskie wybory są logiczne i przemyślane, a nie szybkie, pochopne i zależne od chwilowego nastroju…

Szkoda, że mało jest w naszych czasach mężczyzn, którzy znają swoje miejsce i swoją rolę i nie chowają się z lękiem za pantoflem swojego kobietona. Oni mają szansę na stworzenie rodziny, w której wszystko jest na właściwym miejscu. Wierzę, że są jeszcze tacy, którzy potrafią swojej wybrance wyprostować pojęcia, nie siłą i krzykiem, ale właśnie tą męską postawą „głowy” rodziny i w razie potrzeby logiczną argumentacją 😀

Czy zatem warto wymagać posłuszeństwa? Zdecydowanie tak! Ucząc dzieci posłuszeństwa (tacy się nie rodzimy!) sprawicie, że wyrosną na odpowiedzialnych ludzi, którym będzie można powierzyć ważne zadania. Będą budziły zaufanie i z pewnością zostaną docenione przez przyszłych pracodawców, którzy coraz częściej mają problem ze znalezieniem dobrego, godnego zaufania pracownika.

W posłusznych dzieciach będziecie mieć także przyszłą karną młodzież, a potem dobre matki i rozważnych ojców przyszłych pokoleń. A na starość radość z dobrze spełnionego obowiązku. Czego i Wam i sobie życzę!

Kilka pożytecznych cytatów dotyczących posłuszeństwa:

Pierwszą cnotą młodego człowieka jest posłuszeństwo własnym rodzicom i przełożonym. /Ks. Bosko/

Posłuszeństwo jest najkrótszą drogą, aby dotrzeć do nieba. /św. Filip Nereusz/

Musi być coś wielkiego i boskiego w cnocie posłuszeństwa, skoro nasz Pan tak ją ukochał od urodzenia aż do śmierci, skoro wszystkich czynów swojego życia dokonał w posłuszeństwie. /św. Wincenty/

Posłuszeństwo jest to cnota, która w nas sprawia, że stajemy się uległymi Panu Bogu i tym wszystkim, którzy Go zastępują. Jest to cnota dla wszystkich bez wyjątku, dla każdego stanu i powołania, gdyż każdy powinien być posłusznym. Cnota ta zawiera w sobie wszystkie inne cnoty. Święty Grzegorz mówi: „Że posłuszeństwo tak zaszczepia cnoty w duszy i one zachowuje i udoskonala, jak ogrodnik zaszczepia drzewka w ogrodzie i je pielęgnuje.“ Ustąpią cnoty, a miejsce ich odziedziczą grzechy, jeżeli nie będzie posłuszeństwa dla zwierzchności. Z wszystkich ofiar, jakie Bogu czynić możemy, najmilsza jest ofiara posłuszeństwa, ponieważ oddajemy Panu Bogu to, co najwięcej cenimy, to jest: wolność naszą. /Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni w roku, 21 maja/

Będziesz mądrym według Boga, jeżeli nie będziesz roztrząsał ani się zastanawiał nad tem, co ci rozkazują, ale będziesz słuchał z dziecinną prostotą i rządził się światłem wiary, uważając za rzecz świętą, pożyteczną, mądrą, tylko to, co prawo Boskie i wola przełożonego rozkazuje. Posłuszny nie roztrząsa rozkazów przełożonych, bo cała jego rozkosz czynić to, co mu każą. Bądź przekonany, że wszystko, co przełożony rozkazuje, jest pożyteczne i potrzebne, a nie bądź tak śmiały, abyś swe zdania o tych rzeczach wydawał, które ci rozkazuje. Bądź przekonany, że obowiązkiem twoim jest być posłusznym i spełniać wolę przełożonego, idąc za słowami Mojżesza: „Słuchaj, Izraelu! a nie mów i słowa.“ Znak duszy niedoskonałej i serca bez cnót, jest rozbierać wolę przełożonego i zastanawiać się nad tem, co mu rozkazuje i chcieć wiedzieć dlaczego to rozkazuje, nie ufać rozkazowi i wymagać wyjaśnienia powodu rozkazu i wypełniać z ochotą tyko te rozkazy, które mu się podobają i są według jego myśli i woli. Powinność, wynikająca ze sprawiedliwości jest, aby człowiek swój rozum poddał woli Bożej i temu, kto Go zastępuje. Aby swój rozum poddać, potrzeba wierzyć, czego się nie rozumie; aby wolę poddać, potrzeba czynić, co nie przypada do smaku. Jezus Chrystus mówi, że czyni, co Mu Ojciec każe; a ty sądzisz według własnego rozumu i czynisz, co ci do gustu przypada. Nie jestże to świętokradztwem ujmować cząstkę z całopalenia? /Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni w roku, 21 maja/

Gdzie jesteś lekarzu?

Grudzień29

Nie wiem, czy tylko ja mam takie wrażenie, ale od kilku już lat aż strach iść do lekarza… Dzięki Bogu udało mi się spotkać w swoim życiu kilu dobrych specjalistów, ale w stosunku do całej pozostałej rzeszy, ci dobrzy są jak przysłowiowa igła w stogu siana.

Nie wykazują zainteresowania pacjentem, często w ogóle nie wysłuchują jego dolegliwości zrucając je na karb jakiś „normalnych” zjawisk fizjologicznych. Myślą schematycznie – masz nadciśnienie, wysoki cholesterolek – proszę statynki – tylko proszę brać do końca życia*! Nie mają pojęcia o lekach, które wypisują ani o tym, że wzajemnie się one wzmacniają lub działają antagonistyczne. 90% starszych osób w moim otoczeniu ma całe worki z lekami, które codziennie zażywają!!! Bo dobry lekarz im przepisał… Wszelkie symptomy, których nasi doktorzy nie potrafią przypisać do jakiegoś zespołu/syndromu/jednostki chorobowej wrzucają do jednego wora schorzeń idiopatycznych**, w którym znajdziemy choćby zespół jelita drażliwego – najczęstsze schorzenie jelit, zapalenie stawów, czy też niepłodność… Ciekawe dlaczego?

*ten miesiąc jakoś pan wytrzyma…
**idiopatyczny – o nieznanym pochodzeniu

W ciągu przysługujących nam 10 minut*** – o ile z bieżącą chorobą nasz lekarz prowadzący przyjmie nas w terminie krótszym niż tydzień – zwykle i tak, zamiast poświęcić nam pełnię czasu, wpisuje w komputer to, co dowiedział się od poprzedniego pacjenta. Jeżeli jest młody i ma wprawę w obsłudze urządzeń, to pół biedy. Później jest chwila dla nas – ale spiesz się człowieku, bo już kolejny pacjent czeka za drzwiami, a Twój czas się zaraz skończy… Wymieniasz zatem, co pamiętasz, albo co zdążyłeś spisać i co otrzymujesz? Niestety niewiele – zwykle receptę na jakiś przeciwbólowy specyfik, albo na antybiotyczek, jeźli Ci w płuckach świszczy. Czasem wyprosisz jakieś badania lub skierowanie, ale zwykle musisz sam powiedzieć, co Ci jest i najlepiej, co Ci przepisać. I papa! Wszyscy (prawie) zadowoleni. I prawie zdrowi.

*** zwykle jest 10 minut – u lekarzy, którzy są „lepsi” (czyt. milsi) jest więcej pacjentów, a co za tym idzie trudniej się do nich dostać i czas wizyty jest krótki.

Dlaczego mnie tak to irytuje? Bo mamy wielu lekarzy, którzy uważają, że wystarczy skończyć Akademię Medyczną i już zjedli wszystkie rozumy. Nie muszą się dokształcać, nie muszą rozwijać swoich kompetencji, a pacjent skoro przyszedł raz, to i kolejny raz przyjdzie (można zmienić lekarza raz/dwa w roku?), zatem pieniążki za kolejną sztukę z kolejki zza drzwi, znajdą się u doktorka w kieszeni…

A Tobie, schorowany człowieku przyjdzie się leczyć samemu. Tylko uważaj, bo zioła są niebezpieczne! Nie używaj suplementów, bo nie wiesz, co w nich jest (tak jakbyś był pewien, że statynki to cuksy). Przed zastosowaniem diety poradź się lekarza – tak, tylko ciekawe kiedy, skoro nawet z chorobą ciężko się do niego dostać…

Spędzam ostatnimi dniami wiele czasu w internecie na poszukiwaniu sposobów poradzenia sobie samej i swoim bliskim z nękającymi ich chorobami. Czy nie prościej byłoby iść do kogoś, kto się na tym zna? Są jeszcze tacy lekarze, ale kolejki do nich są wielomiesięczne… Coś czuję, że za niedługo, dzięki swoim umiejętnościom wyszukiwania różnych informacji w internecie, będę mogła sama założyć klinikę, nie klinika jest dla lekarzy… Dla fizyka/informatyka z zacięciem samoleczniczym to chyba byłaby jakaś lecznica, uzdrowisko?! Bo lekarzom się nie chce…

Kotek – etui na komórkę

Grudzień28

Szukałam czegoś z kotkiem, dla dziewczynki, która bardzo lubi te miłe stworzonka i wpadło mi w oczy śliczne etui z tej ruskiej stronki.

Moja wersja nie jest tak idealna jak oryginał, ale myślę, że jak na podpatrywacza szydełkowych cudeniek i tak całkiem nieźle mi poszło 😛

Gdyby ktoś chciał i potrzebował instrukcji – dysponuję swoją własną wersją, niestety tylko rysunkową… Zajdziecie ją tutaj: etui-kotek-schemat.pdf

Nowe kierunki?

Grudzień27

źródło: https://pixabay.com/pl/fizyki-podstawy-prawa-r%C3%B3wnanie-3154920/

Od ponad trzech lat uczę w szkole podstawowej. Kiedyś jako stażystka miałam przygodę z nauczaniem przez 1,5 roku w dwóch gimnazjach – czas ten wspominam wręcz fatalnie. Moje początki w szkolnictwie jako świeżo upieczona nauczycielka z wielkimi ideami niesienia pomocy dzieciom w zrozumieniu tajników fizyki były kiepskie, bardzo kiepskie. I w zasadzie tylko dzięki wsparciu starszych, doświadczonych nauczycielek udało mi się ten czas przetrwać. Nic pozytywnego z tego okresu nie zapamiętałam – totalna klęska! Niestety tego, że w gimnazjum trzeba było nauczyć się przetrwać, nikt nam na studiach nie powiedział… Karmiono nas wzniosłymi ideami. A studenckie praktyki w wytypowanych szkołach, pod czujnym okiem wieloletniego praktyka, to było zupełnie coś innego, niż szkoła w rzeczywistym wydaniu. Gimnazjalnym wydaniu… Do niedawna bowiem nauka fizyki zaczynała się właśnie na tym etapie.

Chcecie szczegółów? Nie ma sprawy… Szczególnie dla tych, którzy uważają pracę nauczyciela za taką, w której człowiek Boga za nogi złapał… W końcu "wolnego" co nie miara, możesz lekcję z książki zrobić (ciekawam, który fizyk tak robi?), masz pół dnia wolne i pensyjka jak marzenie… Tak, szczególnie jeżeli do etatu brakuje ci jednej godziny 😀

Młodzież… Po 1,5 roku z uroczą młodzieżą (rok z tą ze śródmieścia, reszta z tymi z Huty), myślałam, że czeka mnie długi turnus w szpitalu na Babińskiego*… Rzucanie koszem? Nie, zaledwie koszem ze znajdującym się w nim plecakiem, bo jakaś dziewoja go wrzuciła takiemu jednemu do kosza, bo był "inny" – duży, gremlinowaty i dopiero wrócił z poprawczaka… Bogu dzięki za katedrę za szkłem! Groźby? – tylko karalne! Po zwróceniu uwagi, że delikwent może być spytany na kolejnej lekcji z tematu, na którym nie uważa – zastraszanie nauczyciela – "pani mi grozi? Już była taka jedna, której opony w aucie poprzebijałem… Zaczekam na panią po lekcji…". Czy w jakiejkolwiek pracy kobieta musi dzwonić po męża, by przyszedł pod same drzwi pracy, by ją bezpiecznie dostarczyć do domu? W szkole nie wolno palić? "Jak to? – nie wiedziałam!" – i ironiczny uśmiech dziewczyny, którą trzeba było pilnować, by przez okno z 2-go piętra nie uciekła i właśnie sobie w klasie zapaliła…

*Szpital psychiatryczny w Krakowie

Czy moim zadaniem nie powinno być wlewanie fizycznej wiedzy do głów? Było… Ale wszystko sprowadzało się do tego, by te nieszczęsne godziny przeżyć! Gość, po którym otrzymałam tę pracę miał 25 lat doświadczenia w szkole, a zrezygnował z pracy w tym gimnazjum po 2 tygodniach… Ja poszukująca pracy, po niechęci do mnie opiekuna stażu w poprzedniej szkole, wytrzymałam tam pół roku, na szczęście jakiś mądry człowiek spisał je na straty i już je zlikwidowali.

Po tych nędznych doświadczeniach stwierdziłam, że nauka w szkole, to ostatnia rzecz jakiej się w życiu tknę. Czas mijał, ja się przekwalifikowałam na przedszkolankę – dobrze mi było. A, że kocham dzieci, to miałam i radość z tej pracy i satysfakcję. Niestety, co u mnie na myśli, to i na języku – nie potrafię kłamać, a i tchórzyć też nie lubię, zatem na pytanie ówczesnej dyrektorki przedszkola odpowiedziałam jasno, co mnie i innym się nie podoba i jak można by to zmienić. Niestety pomysł się nie spodobał i dostałam urlop na odchodne…

Oczywiście nic się nie stało, wręcz i tak zamierzałam stamtąd odejść do pracy na szkolnej świetlicy. I tak też się stało. Tyle tylko, że świetlica po pół roku zamieniła się w lekcje informatyki, a od zeszłego roku także fizyki…

Fortuna kołem się toczy. Co mi dało zarzekanie się, że już nigdy nie będę uczyć? To, że właśnie teraz uczę w podstawówce, wśród dzieci, które chcą się uczyć, są sympatyczne, ułożone i szanują nauczycieli. Daję im swoje zainteresowanie i rzeczywistą uwagę, o każdym praktycznie potrafię coś powiedzieć, a one odwdzięczają się na lekcji swoim zaangażowaniem.

Jest jeszcze coś… Nienawidzę prowadzić sztampowych lekcji. U mnie coś musi być innego, zaskakującego lub choćby dziwnego. Zaczęłam eksperymentować na lekcjach informatyki, które były dla mnie wielkim wyzwaniem. Starałam się, by te ćwiczenia, które zadaję były interesujące, wymagające kreatywności, czasem działania na czas. Wprowadzałam różne techniki zaliczania działów, pracy w grupach, zdalnej pracy – wszystkich tych kompetencji, które mogą się przydać w prawdziwym życiu. I dzieci bardzo polubiły informatykę ze mną. Dlaczego? Okazało się, że hacker wcale nie musi być zły, że czasem nawet jest potrzebny, gdy chodzi o sprawdzenie bezpieczeństwa. Okazało się, że dzieci mają do mnie zaufanie i przychodzą z prywatnymi problemami, nie tylko dotyczącymi sieci i zagrożeń z nią związanych. Doceniam to bardzo i nie chcę zaprzepaścić ich zaufania.

Przyszła i kolej na fizykę. Dam sobie radę, myślałam, w końcu już jej kiedyś uczyłam… Yhym, tyle, że program dla podstawówek okazał się inny. Nie wiem, kto go w swej radosnej twórczości tak skomponował, ale wielu rzeczy nie wziął pod uwagę. Po pierwszym dziale walczyłam o to by chociaż 20% nie znienawidziło fizyki. I pomyślałam, że coś jest tutaj nie tak jak być powinno. Chciałam zapalać w uczniach chęć do nauki, pokazać im, że fizyka otwiera umysł na tyle niesamowitych pojęć, że pozwala przynajmniej w części zrozumieć, jak działa świat, że jest fascynująca!

I wtedy napadła mnie myśl – skoro potrafiłam sprawić, by informatyka dzieci wciągnęła, to przecież powinnam potrafić zrobić to także z fizyką! I to był początek moich zmian. Powstał wtedy mój drugi WebQuest "Zakręcona dynamika" (pierwszy dotyczył Starożytnej Grecji). Efekty prac zaskoczyły mnie bardzo – część dzieci stworzyła filmiki dotyczące 3 zasad dynamiki Newtona, inne wykonały przeróżne gry edukacyjne – byłam pod wielkim wrażeniem zarówno ich kreatywności, jak i poziomu prac.

Ten pozytywny eksperyment zmotywował mnie do wymyślenia jeszcze czegoś lepszego. Tak powstała moja pierwsza grywalizacja w fizyce – "Wyższa Szkoła Dyskredytacji Cieplika" – jak w pełni wyglądała, opiszę Wam w osobnym poście. Za nią poszła kolejna "Elektryka prąd nie tyka" i liczę, że niedługo wpadnę na pomysł następnej.

Grywalizacja jest bardzo wciągającą formą uczestnictwa w lekcji. Wymaga sporego zaangażowania nauczyciela w trakcie tworzenia i przemyślenia wielu aspektów, ale wyniki są nieproporcjonalnie większe do wkładu pracy…

Ja, która nie mogłam doprosić się o zrobienie jednego zadania domowego, na zasadzie podstawienia odpowiednich wartości do wzoru, miałam przed, po, a nawet i w trakcie lekcji kolejkę uczniów, którzy dopraszali się sprawdzenia ich zadania (i otrzymania kelvinów/voltów – waluty w grywalizacji). Zeszyty były pełne samodzielnie wykonanych notatek, grube, z wystającymi z nich zakładkami, kolorowymi obrazkami. Czegoś takiego się nie spodziewałam…

To oznacza, że dając dzieciom możliwość wyboru – nie musisz nic robić (najwyżej nie dostaniesz nic :D) – robisz kiedy chcesz i ile chcesz, a nawet jak chcesz, spowodowało niespodziewane zainteresowanie fizyką. Czasem pojawiały się pytania – "a czemu Pani nie zadaje zadań z książki"? Dlaczego? Bo są sztampowe! Uważam, że ciekawsze są te z prawdziwego życia…

Tym sposobem dzieci są w stanie same wysnuć logiczne wnioski, przeprowadzić własnoręcznie doświadczenia i nawet zauważyć, że coś im nie wyszło…

Chciałabym to przekazać innym nauczycielom – musimy wszyscy zmienić styl uczenia, by trafić do dzisiejszej młodzieży i nie zniechęcić ich, a wskazać, że jest wiele ciekawych sposobów by się wiele nauczyli i że to jeszcze im sprawi frajdę!

Świecznik z kamyczków

Grudzień16

Na tegoroczny kiermasz bożonarodzeniowy w naszej szkole, tworzyłam ze swoją klasą w tym roku dwa rodzaje świeczników jeden z kamyczków, drugi ze słoiczków. Każdy mógł wybrać, to co mu bardziej odpowiadało, efekty wyszły całkiem przyjemne dla oka 😀

Świecznik z kamyczków
lampion ze słoika

Chrystus Zmartwychwstał, Alleluja!

Kwiecień5

Christus resurrexit

Kochani! Na Święta Wielkiej Nocy życzę Wam i sobie aniolek

Aby Zmartwychwstały Chrystus
obudził w nas to, co jeszcze uśpione,
ożywił to, co już martwe;
Niech światło Jego słowa
prowadzi nas przez życie do wieczności.
Radosnych Świąt oraz pełni błogosławieństwa Bożego!

 

 

O zbrodni i karze… Cz.2

Styczeń5

histeria2

Kara brzmi w naszych czasach, jak coś zakazanego, coś co należałoby w ogóle wykluczyć ze słownika, a z życia przede wszystkim. Dzięki niepisanemu zakazowi stosowania kar w „wychowaniu” bezstresowym, mamy teraz całe rzesze „wspaniałej” młodzieży – wiem, pracowałam w gimnazjum i za pracę z ową w szkole – dziękuję, postoję. Jednakże, już sam Arystoteles powiadał, że kara jest także rodzajem lekarstwa.

Brak kar wiąże się z brakiem ponoszenia konsekwencji swoich czynów, generuje ludzi niezdolnych do stworzenia trwałego związku, utrzymania stałej pracy, mających „spinkolone” życie, bez celu, bez idei, bez sensu. Nic dziwnego, że gonią z pieniądzem, zaspokojeniem chuci, wpadają w nałogi – nie znają przecież ograniczeń, no bo i w jakim celu, dla kogo?

Jestem zwolenniczką kar, nie cielesnych, żeby mnie tu ktoś nie ścigał sądownie, ale takich, które dziecko zrozumie i… odczuje. Dziecko musi wiedzieć kiedy postępuje źle, a my jesteśmy od tego, żeby wytłumaczyć co i dlaczego. Jeżeli uparcie postępuje źle, należy znaleźć tego przyczynę.

Jeżeli krzyczy – może jest przygłuche? A może to jedyny sposób w jaki komunikują się jego najbliżsi? Wierzcie mi, gdy zechcecie zrozumieć dziecko – wszystko stanie się jasne, ale wyjdą też rzeczy, które będziecie musieli zmienić w sobie, maluch jest bowiem Waszym lustrzanym odbiciem…

Jeżeli jest nadruchliwe, to może za dużo ma w swojej diecie cukru? – badania naukowe potwierdzają korelację między ADHD a spożyciem tego białego proszku w nadmiarze. Druga istotna sprawa, to ta, że dzieci „na glukozie” nie odczuwają głodu – nie dawajcie im zatem słodyczy w zamian za normalny obiad – nie dostarczacie im składników potrzebnych do rozwoju, a tylko dokarmiacie parazyty… A te mówią na sam widok słodyczy mniam, mniam, mniam

Jeżeli Wasze dziecko często histeryzuje, możliwe, że jako Rodzice nie potraficie być konsekwentni i po zabronieniu czegoś, po chwili płaczu przystajecie na żądania małego terrorysty – cóż, dajecie się nabrać na najprostszą i chyba najstarszą metodę manipulacji…

histeria

Zawsze jest jakaś przyczyna niewłaściwego zachowania, ale nie oznacza to, że takowe powinno się zostawić bez nagany, muszą za nie grozić jakieś sankcje – przemyślane i odpowiednie dla wieku i stanu pojęciowego dziecka. Po pierwsze kara za nie musi być adekwatna, wymierzona bez silnych emocji (zakłócają nam odbiór rzeczywistości) i najlepiej natychmiastowa, tak by szczególnie małe dziecko rozumiało kontekst przyczynowo-skutkowy.

Jakie mogą to być kary?

  • nudzenie się przez określony czas – szczególnie nie lubią go maluchy – polega na siedzeniu przy stoliku, na dywanie, bez zabawek, bez rozmów, najlepiej w ustalonej pozycji;

  • ograniczenie czasu oglądania bajek, korzystania z internetu, telefonu;

  • wyjście do innego pokoju;

  • ograniczenie lub wykluczenie codziennych słodyczy;

  • rezygnacja z atrakcji, które zaplanowaliście.

Dziecko musi wiedzieć, czego od niego oczekujesz. Komunikaty muszą być proste i jasne, te o karze szczególnie. Najlepszy jest sposób na liczenie do n… (Liczę do 10, jak tego nie zrobisz…). Gdy mówicie do starszych dzieci (kilkulatków), dobrze by było, gdybyście zawarli krótkie wytłumaczenie np. prosiłam byś nie jeździł samochodami po ścianie, bo ją brudzisz – ponieważ nadal to robisz, będziesz się nudził przez 5 minut.

Na histerię jedna rada – nie reagować, a najlepiej nawet zniknąć z oczu – starszaka można spytać, czy ono wychodzi z pokoju, czy my… I druga rzecz – nauczyć się konsekwentnego mówienia nie – można określić dlaczego, np. każdy może zjeść tylko po 1 bananie, idziemy do sklepu tylko po chleb etc.

Życzę powodzenia przy wdrażaniu właściwych zasad – mnóstwa cierpliwości i opanowania, gdyż będą Wam potrzebne…  minibyebye1

« Starsze wpisy